Praca zdalna a zdrowie

Co właściwie ma piernik do wiatraka? 🙂

Decydując się na pracę na własny rachunek, w formie zdalnej obsługi klientów, brałam pod uwagę przede wszystkim rodzinne i organizacyjne aspekty takiego rozwiązania: dom pod kontrolą, dzieci na oku, ciepły obiad na czas, możliwość wyrwania się w czasie dnia na przedszkolne występy czy na zakupy oraz pracy w godzinach, które sama sobie wybiorę. Jako osoba niepodążająca za ogólnonarodowym trendem na arcy-zdrowy tryb życia, nigdy nie zastanawiałam się nad kwestiami zdrowotnymi takiego rozwiązania i dopiero z początkiem roku, czyli po ponad półtora roku prowadzenia działalności, po raz pierwszy doszłam do wniosku, że „praca zdalna a zdrowie” może być całkiem ciekawym tematem.

Przerwa pilnie potrzebna!

Z początkiem roku dopadł mnie – trzeci już w życiu – atak potężnego bólu mięśni kręgosłupa. Dokładniej w odcinku szyjnym, na dość dużej powierzchni. Ból jest na tyle uciążliwy, że uniemożliwia każdą pozycję – siedzącą zwłaszcza. Całe szczęście już przy drugim ataku odkryłam co jest jego przyczyną i potrafię sobie z nim poradzić, jednak trochę to trwa, a przez parę-paręnaście dni moje działania są mocno spowolnione. Z zasady nie uznaję „siedzenia na L4” póki kości są całe, gorączka nie powoduje otępienia a kontakt ze mną nie powoduje zarażenia jakimś paskudztwem kolejnych osób, dlatego gdybym pracowałabym aktualnie na etacie, z pewnością spędzałabym w biurze etatowe 8 godzin. Bardzo doceniłam tu jednak wolność spowodowaną pracą zdalną – miałam bowiem możliwość pracować z regularnymi przerwami. A przerwy nawet co 30 minut były mi więcej niż potrzebne: na gimnastykę, na gorący prysznic, na zmianę pozycji…

Przecież nie umieram…

Pamiętam jak w podstawówce raz od wielkiego dzwonu zdarzało mi się zachorować. Uwielbiałam czas choroby – babcia przychodziła, żeby mnie doglądnąć, na obiad była ulubiona zupa serkowa, a w telewizji niekończące się bajki 🙂 W liceum choroba to najgorszy z możliwych scenariuszy – nieraz od rana zbijałam gorączkę lekami i nafaszerowana paracetamolem szłam napisać sprawdzian. Gdybym miała nadrobić w kolejnym tygodniu po chorobie zaległe sprawdziany i jeszcze przygotować się na aktualne klasówki, nie starczyłoby mi doby… (tak, tak, elitarne liceum, to dopiero szkoła życia ;)) Studenckie życie zahartowało mnie na tyle, że przez 5 lat nie chorowałam wcale. Natomiast w pracy zetknęłam się pierwszy raz z chorobowym dylematem. Z jednej strony – przecież nie umieram! Mogę pracować normalnie – katar czy kaszel to nie choroba. Z drugiej strony – krzywe spojrzenia współpracowników, którzy nie chcą się zarazić. Złoty środek – ponownie – udało mi się osiągnąć pracując zdalnie! Nie odmawiam klientom świadczenia usług, przyjmuję kolejne zlecenia, mogę pracować w pełni normalnie, jednocześnie nie zarażając innych.

Tu również warto wspomnieć o zdalnym rozwiązaniu dla etatowych pracowników. W wielu przypadkach, zamiast brać L4 i „zbijać bąki” w domu, pracownik może – a może również woli! – wziąć z firmy laptopa i telefon służbowy, wskoczyć pod koc i z gorącą herbatą pracować w pełni normalnie. Czemu nie? – oczywiście tylko na wyraźne życzenie pracownika 🙂

Ciąża to nie choroba!

Oj tak, to piękne stwierdzenie jest niejednokrotnie nadużywane w różnych sytuacjach, zazwyczaj jednak przez osoby, niebędące w stanie błogosławionym. Przyznam, że na początku pracy na etacie chyba sama trochę naraziłam się firmowym koleżankom takim podejściem, jednak dość szybko okazało się, że nie tylko względem innych, ale przede wszystkim względem samej siebie jestem wierna temu powiedzonku. Dla niewtajemniczonych – 100% pierwszej ciąży przepracowałam w pełnym wymiarze godzin, bez zwolnień, pomimo codziennych ostrych mdłości przez cały pierwszy trymestr i zwyczajnych ciążowych dolegliwości w kolejnych miesiącach. Po 9 miesiącach, w piątkowe popołudnie pożegnałam firmę, wiedząc, że w poniedziałek od rana ląduję w szpitalu na wywołaniu porodu. Przypadki są jednak różne, tak jak i różne są zalecenia lekarskie i jestem tego w pełni świadoma. Tu znowu myślami wracam do możliwości pracy zdalnej – w zaciszu domu, z możliwością pracy w różnych pozycjach, w ciepłych skarpetach, lodówką czy łazienką w zasięgu ręki. Skoro głowa jest sprawna, to po co siedzieć bezczynnie, skoro nadal można pozostać aktywnym zawodowo? Sceptycy nazwą to pracoholizmem i spytają o cel. W moim przypadku było to optymalne wykorzystanie czasu. Okres ciąży i najmłodsze lata moich dzieci spędziłam w dalszym ciągu zdobywając doświadczenie zawodowe, kształcąc się, zdobywając kontakty. Pomiędzy karmieniami pisałam maile, podczas drzemek dzieci dzwoniłam – wszystko dało się zgrać. Efektem jest dobrze prosperująca działalność, troje odchowanych (z najgorszego) dzieci, bagaż doświadczeń i dobre perspektywy zawodowe w wieku niecałych 30 lat. Szczerze polecam takie rozwiązanie i – ku mojej uciesze – widzę, że coraz więcej przyszłych matek czas ciąży poświęca na samorozwój, zdobywanie doświadczenia a niejednokrotnie właśnie wtedy zakładają własną działalność.

Kontrole, szczepienia, bilanse…

Każdy rodzic pracujący przyzna, że choroby to nie wszystko. Będąc zdrowym też trzeba się nieźle najeździć po medycznych placówkach… Bilans X-latka, szczepienia, kontrole lekarskie… U nas wszystko razy 3 (a właściwie razy 4, odkąd jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami 4-miesięcznego królika :)) Lekarze też mają swoje terminy, trzeba się dostosować. O ile prościej ogarnąć te wszystkie sprawy, pracując według własnego grafiku – terminy lekarskie biorę jakie mi zaproponują, a do nich dostosowuję godziny pracy w danym dniu. Bez tłumaczenia się, krzywych spojrzeń, kombinowania…

Minusy?

Jak zawsze, tak też i tu się znajdą. W moim przypadku są to naruszane zasady BHP 🙂 Tak, właśnie te wszystkie nudne przepisy, o których smutni panowie opowiadają w momencie zatrudnienia na etat w nowej firmie… Odległość krzesła od biurka, wzroku od ekranu komputera, kąt nachylenia światła z lampki biurkowej… Od dawna obiecuję sobie, że zadbam o takie szczegóły, tym bardziej, że latka lecą, obciążony kręgosłup powoli zaczyna dawać się we znaki, wzrok również zaczął szwankować odkąd palec jednej z pociech wylądował w moim oku… Póki co jednak rzadko kiedy pracuję przy wygodnym, świeżo skręconym biurku, siedząc na krześle przystosowanym do pracy biurowej. Częściej moim miejscem pracy jest podłoga, kanapa czy fotel… Październikowe postanowienie noworoczne – zmienić złe nawyki.

Jednym słowem

Jak zwykle bardzo chwalę sobie obraną stosunkowo niedawno ścieżkę rozwoju zawodowego. Zazwyczaj trąbię o plusach związanych z organizacją dnia, różnorodnością zajęć i łączeniu życia zawodowego z prywatnym, jednak tym razem skupiłam się na aspekcie zdrowotnym. Szybki bilans zysków i strat wykazał, że i tu zdalny system pracy dobrze się sprawdza i – jak zawsze – serdecznie go wszystkim polecam! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Inline
Inline