O zdobywaniu klientów słów kilka…

Podejmujesz decyzję o założeniu firmy. Krok po kroku zmierzasz w kierunku jej powstania: badasz zapotrzebowanie, porównujesz oferty konkurencji, ustalasz zakres usług i cennik. W końcu znajdujesz nazwę, projektujesz stronę www, składasz dokumenty do urzędu i… w mniej czy bardziej skoordynowany sposób rozpoczynasz poszukiwanie klientów. Na forach tematycznych, w których uczestniczę, często pada pytanie o klientów – skąd wziąć tego pierwszego, jak szukać następnych, gdzie i w jaki sposób się reklamować. Ile osób, tyle odpowiedzi. Nie ma jednej uniwersalnej rady, jednak warto dzielić się spostrzeżeniami, uwagami, szukać nowych rozwiązań i wspierać tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z własnym biznesem. Stąd też pomysł na dzisiejszy post.

Na wstępie kilka słów o specyfice branży, w jakiej działam. Jako Wirtualna Asystentka, tudzież zdalny Office Manager, moim problemem nie jest konkurencja. Zawód ten nie jest w Polsce (jeszcze) bardzo popularny, stosunkowo niewiele osób pracuje jako WA. Problemem może być natomiast przekonanie potencjalnych klientów do idei współpracy z WA, bo przecież co to za asystentka, która siedzi gdzieś na drugim końcu Polski, zamiast w biurze obok?

Biorąc pod uwagę fakt, że muszę przekazać potencjalnemu klientowi na czym nasza współpraca miałaby polegać, uznałam, że zacznę odpowiadać na ogłoszenia o pracę. Odpowiadałam różnie – początkowo po prostu wysyłałam swoje CV i dopiero podczas rozmowy kwalifikacyjnej informowałam, że nie jestem zainteresowana pracą na etat, ale pracą zdalną. Później zaznaczałam już ten fakt w liście motywacyjnym lub rozmowie telefonicznej. Potwierdziły się moje przypuszczenia, że firmy poszukujące asystenta zarządu czy kierownika biura zdecydowanie potrzebowały kogoś na miejscu. Kogoś kto przyjmie interesantów w siedzibie firmy, natychmiast skseruje dokumenty, zbierze w ciągu paru minut podpisy współpracowników, czy choćby zajmie ważnych gości rozmową w oczekiwaniu na dyrektora. Metoda odpowiedzi na ogłoszenia o pracę okazała się raczej nieskuteczna (chociaż jednego -stałego- klienta udało mi się tym sposobem znaleźć). O tym jak wyglądał mój „proces rekrutacji” do tej firmy napiszę w innym poście, bo był on całkiem ciekawy…

Próbowałam metody mailingu bezpośrednio do firm. Metoda ta okazała się bardzo czasochłonna – sporo czasu zajęło mi utworzenie bazy adresów mailowych firm, potencjalnie zainteresowanych współpracą. Po zebraniu namiarów, zgodnie z przepisami przesłałam zapytanie o możliwość wysłania oferty handlowej. Następnie osobom, które taką zgodę wyraziły, przesłałam ofertę firmy. Ponownie z ogromnej puli wysłanych maili udało mi się zdobyć jednego klienta (tym razem były to usługi jednorazowe), parę firm poprosiło o przesłanie oferty, pozostali potraktowali pewnie jako SPAM. Sposób mało skuteczny, w dodatku okazał się momentami dość nieprzyjemny. Chcąc postępować zgodnie z obowiązującymi zasadami, obczytałam się w przepisach dotyczących pozyskiwania zgody na przesłanie oferty handlowej. Okazało się jednak, że są one różnie interpretowane. I tak, na mojego – zwięzłego, konkretnego, kulturalnego maila z krótkim zapytaniem o możliwość przesłania oferty, otrzymałam również kilka, niestety trochę mniej kulturalnych maili, a nawet telefonów zwrotnych z żądaniem usunięcia adresu z listy mailingowej, groźbami przekazania mojej oferty instytucjom, zajmującym się rozsyłaniem Spamu czy pouczeniami o rzekomym łamaniu przepisów z mojej strony. Nie chcąc się zagłębiać w temat, nie widząc szczególnych efektów działań, zaniechałam tej formy kontaktu szukając kolejnych sposobów.

Postawiłam na tradycyjne ulotki. Stworzyłam kilka ofert, dostosowanych do rodzaju wykonywanej działalności, opracowałam wzór ulotki, zaadresowałam koperty i informacja poszła w świat. Ulotkowy sposób pozwolił mi zdobyć jedną (stałą!) klientkę, która – jak sama twierdzi – akurat rozglądała się w tym czasie za podobnymi usługami. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że podjęłyśmy udaną współpracę, jednak ulotkomanii też zaprzestałam, tym bardziej, że wiąże się ona z kosztami, których na starcie każdy woli unikać…

Z darmowych sposobów próbowałam różnego typu ogłoszeń na portalach ogłoszeniowych czy grupach biznesowych – tu odzew był zerowy. Poszukiwałam również zleceń na portalach typu Oferia. Postawiłam na regularność. Odpowiadałam dzień w dzień na pojawiające się ogłoszenia, głównie (choć nie tylko) z zakresu tłumaczeń. Konkurencja na tego typu portalach jest jednak duża, w dodatku mnóstwo osób oferuje stawki absolutnie poniżej jakiegokolwiek sensownego minimum. Niespecjalnie się tu odnalazłam.

Ostatecznie trafiłam tam, gdzie trzeba, ale najpierw musiałam przemyśleć i dostosować nieco swoją ofertę (np. zrezygnowałam z dotychczasowych rozliczeń w trybie zadaniowym na rzecz stawki godzinowej). Strzałem w 10 okazał się… Facebook. Zapisałam się tam do kilku grup, w których umieszczane są ogłoszenia osób szukających pracownika/tłumacza/wirtualnej asystentki. Konkurencja jest i tutaj, ale można się przebić. Zdecydowanym plusem jest fakt, że potencjalny klient poszukuje dokładnie takiej osoby jak ja – wie na czym polega praca z WA, nie trzeba go przekonywać do idei takiej współpracy. Z drugiej strony, konkurencja oferuje bardzo podobne usługi. Prawdopodobnie są one w podobnych cenach, więc trzeba się jakoś wyróżnić, pokazać, przekonać klienta do siebie. Do tej pory z Facebookowych ogłoszeń rozpoczęłam współpracę z 8 stałymi klientami i na ten moment zakończyłam poszukiwania, gdyż pracy mam już wystarczająco dużo. Należy bowiem podkreślić, że jeden klient to zazwyczaj jedna (większa lub mniejsza) firma wymagająca regularnej obsługi z mojej strony.

Na deser: po niecałym roku prowadzenia działalności, mam już pierwszego regularnego klienta z polecenia, z czego jestem bardzo dumna!

Udostępnij!
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Inline
Inline