Korekta tekstu

Na portalach dla freelancerów aż roi się od zleceń dla copywriterów. Redakcja wszelkiego rodzaju tekstów jest zdecydowanie w cenie. Wśród ofert królują zlecenia na teksty reklamowe, opisy produktów, artykuły do pozycjonowania. Poza redakcją tekstów, od czasu do czasu można natrafić na zlecenia dotyczące korekty gotowych treści. Skąd bierze się taka potrzeba? Czy jest to wina niedouczenia zlecającego? Zbędna fanaberia? Czy raczej dobre, odpowiedzialne zagranie?

Zdecydowanie hołduję tej trzeciej opcji. Osoby zlecające korektę własnych (lub zleconych) tekstów, poważnie traktują to, co robią i nie oszczędzają na jakości. Nawet najlepszy copywriter ma prawo robić błędy i – co więcej – ma prawo tych błędów nie zauważać! Tak to już jest, że łatwiej dostrzega się pomyłki cudze, niż własne – i nie jest to spowodowane zadufaniem czy przekonaniem o własnym perfekcjonizmie. Po prostu tak jest. Co więcej, nie mówię tu wcale o poważnych błędach językowych, do wykrycia których potrzebny jest dyplom magistra filologii polskiej, ale przede wszystkim o drobiazgach takich jak podwójna spacja, literówki, nieprawidłowe użycie małych/wielkich liter.

Jeśli nasz tekst będzie zawierał takie potknięcia, na pewno wyłapie je niejeden czytelnik. A po co psuć sobie opinię, skoro można poprosić doświadczonego korektora, żeby „rzucił okiem” na nasze wypociny.

W dzisiejszym poście zdradzę co takiego robię ze zleconym tekstem, czyli jak wygląda praca korektora od kuchni…

  1. Po otrzymaniu tekstu do korekty, muszę go po prostu PRZECZYTAĆ. Od deski do deski. Ze zrozumieniem i z otwartym umysłem. Podejść do niego z różnych stron. Rozumieć intencje autora, wyczuć styl, w jakim tekst został napisany i – nanosząc poprawki – wiernie ten styl odtwarzać.
  2. Czytając, poprawiam wszystkie znalezione ewidentne błędy – literówki, ortografię, interpunkcję. Wątpliwości zaznaczam kolorem i zostawiam na kolejne czytanie.
  3. Po przeczytaniu tekstu i dokonaniu jego korekty… Odpoczywam! Tak, to bardzo ważna sprawa. Do tekstu trzeba nabrać dystansu, na dłuższą chwilę się od niego odciąć.
  4. Ze świeżym umysłem siadam do tekstu ponownie. Poprawiam przeoczone błędy, zastanawiam się nad miejscami wątpliwymi. Formatuję. Tekst jest gotowy, ale jeszcze go nie wysyłam.
  5. Trzecie czytanie – zwykłe, bez „czepiania się” i wyszukiwania błędów. Za trzecim razem stawiam się w pozycji czytelnika i rozkoszuję tekstem. A jeśli po drodze coś mi w tym rozkoszowaniu przeszkodzi – poprawiam. I odsyłam.

Jakiego rodzaju błędy najczęściej poprawiam?

  • wspomniane literówki, podwójne spacje, nieprawidłowo użyte małe/wielkie litery;
  • interpunkcję – o ile błędy ortograficzne zdarzają się raczej rzadko (zapewne w dużej mierze dzięki wbudowanej autokorekcie programów do edycji tekstu), o tyle interpunkcja dla wielu nadal jest „czarną magią”;
  • pojedyncze litery na końcu wersów;
  • błędy stylistyczne – przede wszystkim powtórzenia oraz nieskładne zdania, które zaburzają jasność przekazu;
  • błędy językowe – głównie w przypadku tekstów napisanych w języku obcym, choć i w polskojęzycznych tekstach zdarzają się nieprawidłowości;
  • brak spójności – bardzo częste potknięcie w przypadku wyliczeń – kwestia niekonsekwentnego stawiania znaku interpunkcyjnego na końcu każdego z podpunktów czy rozpoczynania podpunktu małą/wielką literą.

A co z własnymi tekstami? Czy są perfekcyjne?

Staram się, żeby tak było. Każdy ze stworzonych tekstów kilkakrotnie czytam i poprawiam a także odsyłam do zewnętrznej korekty, bo – jak wspominałam wcześniej – najtrudniej dostrzec własne błędy.

Udostępnij!
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Inline
Inline